W maju 1989 roku, pożegnaliśmy Księdza Prałata Jana Marszałka. Podczas pogrzebu pogoda była duszna i burzowa. Ksiądz biskup Julian Groblicki kilka razy przerywał swoje długie, wielowątkowe kazanie, gdyż szwankowało nagłośnienie. Stłoczeni i spoceni, licznie przybyli księża i świeccy, w odgłosach przetaczającej się burzy czuli, że to odejście to koniec historycznej epoki, z którą zmagał się przez całe życie ten wielki kapłan.

Proces rozkładu systemu totalitarnego był już mocno zaawansowany. Pogarszały się warunki materialne, straszyła groźba ponawianych strajków. Trwały rozmowy okrągłego stołu, na mocy których „Solidarność” mogła się ubiegać o ograniczoną ilość miejsc w sejmie. Wybory, których już Ksiądz Prałat nie dożył, przyniosły miażdżące zwycięstwo ludziom Wałęsy. Nie było mu też dane oglądać upadku nieludzkiego, komunistycznego systemu; „jesieni ludów” owego pamiętnego 1989 roku. Zabrakło kilku miesięcy.

Dlaczego do tego wracam? Bo to właśnie czas zniewolenia, epoka nowej komunistycznej wiary i realnego socjalizmu, wywarła ogromny wpływ na życie i apostolską działalność Księdza Prałata.

Powojenna władza przywieziona na radzieckich czołgach, konsekwentnie zaprowadzała nowy, socjalistyczny porządek. Miał on być oparty na ideologii marksistowskiej, która m.in. negowała istnienie Pana Boga i wszelkich duchowych wartości, opierając się na jedynie słusznym „ateistycznym światopoglądzie naukowym”.

Kościół Katolicki bardzo szybko został uznany za wroga „nowej wiary”. Okresy napięć i odwilży, przeplatały się nawzajem. Pole manewru Kościoła było ograniczone. Nie mógł zmienić prawd wiary, ani zrezygnować z podstawowej wewnętrznej wolności. Rozumiał to Prymas Tysiąclecia, rozumiał doskonale Ksiądz Prałat. Swoją postawą, duszpasterskim zaangażowaniem, dawał do zrozumienia, że się nie ugnie. Często powtarzał, iż „bardziej trzeba się bać Boga, niż ludzi”. Dosięgło go prześladowanie; musiał opuścić swoją owczarnię, nie mogąc wypełniać kapłańskich zadań. Podzielił los Prymasa Tysiąclecia. Znał parafian, którzy uwiedzeni mirażami „raju na ziemi”, czy też żądni partyjnych awansów, przyczynili się do jego zesłania. Wybaczył im z serca, nie czuł żalu, a kilku, jak sam zaświadczał, osobiście pochował.

Miał wyrozumiały stosunek do nielicznych księży, którzy byli bardziej układni wobec komunistycznej władzy, a ta ich hołubiła, nadając im, jakże przewrotny tytuł „księży patriotów”.

Powróciwszy do Łodygowic, ze zdwojoną gorliwością troszczył się o umocnienie skarbu wiary w sercach mieszkańców. Czynił to poprzez katechizację najmłodszych i dorastających. Warunki były zmienne. Katechizacja wracała do szkoły i znów ją wyrzucano.

Dobrze znał zagrożenia, metody laicyzacji i ateizacji. Posługiwały się nimi programy szkolne, organizacje młodzieżowe, zmonopolizowane środki przekazu, czy komitety partyjne. Ksiądz Prałat, Boży mąż, człowiek głębokiej, autentycznej wiary, miał pewność, że ratunkiem dla zagrożonych może być tylko sam Pan Jezus. I z Nim starał się łączyć każdego parafianina, od przedszkola aż po grób. Stąd bardzo przemyślana i świadoma pobożność: kult Serca Jezusowego, praktyka pierwszych piątków – sakramentalna spowiedź, pierwsze czwartki i godziny święte z modlitwą za kapłanów i o nowe powołania, zdrowa pobożność maryjna, gdzie Maryja przynosi Jezusa. Ksiądz Prałat prowadził do Jezusa, w najmniejszym stopniu nie przysłaniał Go sobą. Był jak Jan Chrzciciel-głosem który przynosi Słowo.

Do kazań przygotowywał się bardzo solidnie, choć natura nie obdarzyła go walorami wielkiego mówcy. Dużo czytał. Kupował wszystkie nowe pozycje teologiczne, czy filozoficzne. Chętnie i ze znawstwem dyskutował z księżmi czy klerykami na temat nowości wydawniczych. Miał też naukowe hobby, pamiętam że: prenumerował astronomiczny miesięcznik „Urania”. Zachwyt nad ogromem i porządkiem we Wszechświecie, był dla niego uwielbieniem Boga Stwórcy. Czytał dla własnego ubogacenia, ale przede wszystkim, by podołać wymogom czasu, by mieć mocne argumenty przeciw programowo szerzonej niewierze i szczepić swoich parafian przeciwko szalejącej epidemii ateizacji.

Sam w tym względzie robił wszystko co zdołał. Wiedział, że to nie wystarczy. Stąd bardzo troskliwie dobierał rekolekcjonistów. Rozmawiałem niedawno z doskonałym i znanym dziś misjonarzem, sercaninem, Ks. Adamem Brzeźniakiem, który wspominał rekolekcje głoszone w Łodygowicach w latach sześćdziesiątych. Mówił, że Ksiądz Prałat przyjął go z obawą i zatroskaniem, czy oby taki młody podoła. Mówił mu o duchowych niedostatkach-podał liczbę parafian, którzy podczas ostatnich rekolekcji nie pojednali się z Bogiem. Okazał zadowolenie i wdzięczność dopiero po spowiedzi, kiedy rekolekcje okazały się bardzo owocne. Kaznodzieja ów, który wygłosił setki rekolekcji i misji, stwierdził, że nigdy podobnej troski ze strony księży proboszczów nie spotkał (na marginesie dodam, iż pewnie także owocem tamtych rekolekcji było powołanie zakonne Ks. Stanisława Mieszczaka, cenionego dziś sercanina z Łodygowic).

W czasie zmagań i ideowej walki o człowieka, była pokusa, by posłużyć się metodą przeciwnika, który wprowadzał nienawiść, antagonizował członków społeczności, głosząc wszechobecną walkę klas. Nie uległ jej Ksiądz Prałat. Nie podejmował żadnych politycznych polemik. Ambona była miejscem przepowiadania Ewangelii i stawiania bardzo wysokich wymogów moralnych z miłością nieprzyjaciół włącznie. Śledził wydarzenia bieżące, czytając „Dziennik Polski”, słuchając radia. Nie był entuzjastą telewizji. Porządny telewizor dostał dopiero od księży rodaków na 50-lecie kapłaństwa. Nigdy bieżącymi sprawami się nie entuzjazmował, głęboko wierząc, że Bóg jest Panem dziejów.

Kolejną pokusą w czasach zniewolenia, był aktywizm. Skoro efekty pracy w sferze ducha były niewymierne, to dobrze było budować, powiększać, dokonywać cudu gospodarczego. Tutaj Ksiądz Prałat też zachował równowagę. Dbał o świątynię i jej otoczenie, ale to było absolutnie na drugim planie. Opieka nad zabytkową świątynią była szczególnie trudna, gdyż konserwator wojewódzki był wtedy jednym z narzędzi walki z Kościołem.

Kiedy uznał, że dobro duchowe wiernych wymaga tworzenia nowej parafii, sam stał się inicjatorem jej powstania, co i dzisiaj proboszczom nie przychodzi łatwo. Cieszył się tą nową wspólnotą, nie obawiając się żadnej konkurencji, bo przecież sprawa dotyczyła przybliżenia mieszkańcom Pana Jezusa.

Program duszpasterski i metody, jakie Ksiądz Prałat stosował w jego realizacji, w tamtych czasach zniewolenia, były optymalne. Świadczą o tym owoce; autentyczna pobożność parafian, liczba powołań kapłańskich i zakonnych, szacunek i uznanie, jakim cieszył się u biskupów krakowskich i księży. Przez wiele lat pełnił urząd dziekana i stosunkowo wcześnie otrzymał godność prałata.

My, myślę o mieszkańcach Łodygowic, jak i wywodzących się z tej miejscowości, zawdzięczamy mu więcej, niż potrafimy to sobie uświadomić. Nie tylko ogromna większość z nas posiada zdrową religijność, trwając przy Chrystusie, ale z epoki komunistycznego zniewolenia wyszliśmy mniej pokaleczeni duchowo. Zachowaliśmy ludzką godność, a świat nieprzemijających wartości nigdy nie przestał nam być obcy. W sposobie myślenia i widzenia świata, staliśmy się w mniejszym stopniu homo sovieticus niż większość Polaków. I to także, może nie do końca zamierzona, zasługa Księdza Prałata.

Ufamy, że jest u Pana Wszechrzeczy i nadal się o nas troszczy. Chcielibyśmy Go zapytać jak poradzić sobie dziś, w czasie odzyskanej niepodległości, z nowymi zagrożeniami. A są nimi: źle pojęta wolność-rozumiana jako samowola, konsumpcjonizm, czy całkowity ideowy zamęt.

ks. Stanisław Pasternak

Share This
Skip to content