Kiedy wywołuję z mojej pamięci postać ks. prałata Jana Marszałka, to najpierw stwierdzam, że pomimo tego, iż przebywał pośród nas tak wiele lat, to jednak nie znam zbyt dużo dokładnych faktów z jego życia, oprócz tego, co można było ułożyć z rożnych rozmów, kiedy opowiadał o wydarzeniach ze swego kapłańskiego życia.
W ten sposób można by wymienić jakąś parafie, na której pracował, np. Bachowice k/Wadowic, urząd dziekana, jaki piastował w żywieckim dekanacie, starania jakie podejmował o nasz kościół, założenie ogrzewania i wybudowanie nowej świątyni w Łodygowicach Górnych, niemniej daty tych wydarzeń byłoby bardzo trudno ustalić. Ufam jednak, że ten wymiar życia naszego Księdza Prałata zostanie opracowany z zastosowaniem metody monografii historycznej, ja natomiast, wychodząc od osobistego spotkania z tym niezwykłym człowiekiem, ukażę go jako Ojca Parafii. Wydarzenia wydobyte z mojej pamięci ułożę w porządku chronologicznym począwszy od mglistych wspomnień dziecka, aż do czasu, kiedy jako kapłan odwiedzałem księdza Prałata.

Godny czci

To było 29 czerwca, uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela, imieniny księdza Marszałka. Miałem siedem – może osiem – lat. Mama zapakowała w ozdobny papier duży kąpielowy ręcznik, babcia nauczyła mnie życzeń, które układały się w rymowany wierszyk i obie wysłały mnie samego – może z bratem, ale tego nie pamiętam – do księdza Proboszcza. Idź – powiedziały – zanieś mu to od nas na imieniny. Poszedłem. Ksiądz Marszałek przyjął mnie w kancelarii, która wtedy również stanowiła plebańską jadalnię. Oczywiście zapomniałem połowy życzeń, ale ksiądz Prałat nie pozwolił mi się zawstydzić z tego powodu, sam mi przerwał, przytulił, następnie poczęstował czekoladowymi cukierkami i polecił gorąco podziękować w domu za życzenia i prezent.
W ten sposób Rodzice uczyli nas wielkiego szacunku dla ks. Proboszcza, w ogóle dla kapłaństwa.
A ksiądz Marszałek jawił mi się wtedy, jako ktoś, kto czuwa nad nami wszystkimi, gdzieś poprzez tajemnicę Kościoła, wszystkiego, co jakoś kojarzyło się z pracą i obecnością kapłana w parafii. Ktoś, kto jest godny czci, któremu tę cześć oddaje się wraz z Rodzicami.

Nauczyciel wiary

Tak się złożyło, że ksiądz Prałat nie uczył katechezy w mojej klasie. Do Komunii św. przygotowywał mnie ks. Stefan Misiniec, a kiedy byłem w ósmej – którą zwykł uczyć ksiądz Proboszcz – ks. Marszałek już nie katechizował. Pamiętam jednak dokładnie jedną katechezę, którą prowadził z nami ksiądz Prałat pod nieobecność naszego katechety. To było w którejś z młodszych klas szkoły podstawowej. Ksiądz Proboszcz narysował na tablicy ołtarz, który przez środek przecinał duży krzyż. Przez całą godzinę tłumaczył, że Msza św. to pamiątka Ostatniej Wieczerzy i Wielkiego Piątku. Te dwie tajemnice należy przeżywać podczas Eucharystii, a na zakończenie powiedział słowa: Pamiętajcie, przez cale życie będziecie się uczyli przeżywać Mszę świętą. Ta głęboka eucharystyczna pobożność ks. Marszałka była widoczna w wielu sytuacjach kiedy uciszał ministrantów przed Msza św. w zakrystii, kiedy sam ubierając się do ołtarza odmawiał w skupieniu wszystkie przepisane modlitwy kapłańskie. Jako ministrantowi utkwiło mi w pamięci to, iż długo trzymał Hostię i Kielich po konsekracji w górze – nawet wtedy, gdy już miał słabsze ręce – aby każdy z nas odmówił trzykrotnie akty uwielbienia, których nas przednio uczył. Ministrant bowiem musiał swoim dzwonieniem, potem gongiem pomagać wiernych w adoracyjnej ciszy, dlatego musiał wsłuchiwać się w rytm i czas modlitwy kapłana, który odprawiał Eucharystię. Drugim ważnym momentem było skupienie po przyjęciu Komunii i puryfikacja, czyli czyszczenie pateny i kielicha. Ksiądz Prałat z wielką czcią odnosił się do najmniejszej cząstki Eucharystycznego Chleba i Wina. W ten sposób – nas ministrantów – ale i wiernych wprowadzał w największe tajemnice wiary.

Otwarty na rzeczy nowe

Za czasów pasterzowania księdza Jana Marszałka w parafii pojawił się i rozwijał Ruch Światło-Życie, popularnie zwany „Oazą”. Wraz z nim pojawiały się konkretne nowości propozycje, które wymagały zgody proboszcza. Kiedy moderatorem oazy był ks. Jan Kieres, młodzież postanowiła wystawić w kościele mękę Pańską. Ks. Prałat zgodził się na to, ale kiedy zobaczył próby, w których wnoszono dekoracje do poszczególnych czterech aktów, kiedy usłyszał efekty mające imitować trzęsienie ziemi w czasie śmierci Jezusa, to był autentycznie przerażony, co my zrobimy z tym kościołem. Niemniej nie przerwał prób, nic nie powiedział, nie upominał, czekał na owoce duszpasterskie. Kiedy zobaczył tłumy ludzi, którzy przychodzi na przedstawienia, jakby znalazł potwierdzenie swej intuicji, że można młodym pozwolić działać. W ten sam sposób odbierał to także ks. Jan Kieres.
Druga sytuacją, która potwierdza otwartość ks. Marszałka na nowości wnoszone przez młodych, było pozwolenie na używanie podczas Mszy św. gitary. Wspólnota oazowa prowadzona przez ks. Józefa Niedźwiedzkiego, postanowiła wprowadzić do swej liturgii śpiew przy akompaniamencie gitary. Oczywiście potrzebna była zgoda ks. Proboszcza. Ks. Józef wysłał kilku animatorów do ks. Prałata. Po rozmowie ks. Marszałek wyraził wstępną zgodę, ale zastrzegł, że zobaczy jak to będzie wyglądać. Tak się złożyło, że byłem odpowiedzialny za śpiew i sam grałem na tej Mszy św. Była to sobota. Po skończonej liturgii, jak zawsze siedzieliśmy w salce oazowej, pierwszej po lewej stronie na parterze starej plebani. Ks. Prałat uchylił drzwi – wśród nas zapanowała cisza, gdyż każdy czekał na pierwszą opinię – a ks. Marszałek uśmiechnął się i powiedział, że możemy dalej grać i śpiewać, gdyż widzi przynajmniej jeden pożytek: z kościoła pouciekają wszystkie myszy.
Kilka miesięcy później w naszym kościele kończyliśmy Mszę św. oazową dla całego dekanatu. Ks. Prałat wychodził z konfesjonału, zatrzymał się na schodkach, odwrócił i powiedział: Kiedy was widzę zebranych przy ołtarzu Chrystusa, przypomina mi się dom Marty i Marii w Betanii, gdzie Jezus spotykał się ze swymi przyjaciółmi. Oni służyli Mu, a siedząc u Jego stóp słuchali Jego nauki.
Ks. Prałat w trosce o duszpasterstwo w parafii był, jak ten ewangeliczny ojciec, który dla swych dzieci wydobywa ze skarbca rzeczy stare i nowe.

Troszczy się o rzeczy doczesne

Nasz piękny drewniany kościół wymagał szczególnej troski o to, aby w odpowiednim czasie wymienić część gontów, dokonywać systematycznej impregnacji, podejmować bieżące remonty i zabezpieczenia. Ks. Prałat roztropnie i odpowiedzialnie podejmował te niełatwe wyzwania. Kiedy byłem w szkole średniej zaproponował mojemu ojcu i panu Michałowi Jakubcowi impregnację całego dachu. Dobierając czwartego pracownika, podjęliśmy się tego niełatwego zadania. Był piękny słoneczny dzień. W południe ks. Prałat przyszedł powiedzieć, żebyśmy już schodzili na obiad. Poszliśmy się posilić, on wziął krzesło, usiadł sobie z południowej strony kościoła i czuwał, gdyż słońce mocno przygrzewało i ze świeżo impregnowanego dachu unosiły się opary dymu. Ten obraz siedzącego i czuwającego przy swoim kościele kapłana dobrze ukazywał jego troskę o to wszystko, co należało do parafii.

Nie przysłania Boga

Kiedy dojrzała we mnie myśl o wstąpieniu do seminarium, po jednej ze Mszy św. wieczornych, poszedłem za księdzem Prałatem na plebanię po metrykę chrztu i opinię potrzebną przy składaniu dokumentów. Chociaż w naszej parafii w tym czasie nie brakowało kleryków, to od trzech lat nikt nie poszedł do seminarium. Nie wiem jakie były oczekiwania względem mnie, ale w tej kwestii miałem sporą przestrzeń wolności, gdyż mój brat był już na trzecim roku w formacji seminaryjnej. Ksiądz Marszałek zajął miejsce za kancelaryjnym biurkiem, pozwolił mi usiąść naprzeciw. Swoim zwyczajem – zanim coś powiedział – spojrzał wymownie w moją stronę, uśmiechnął się i powiedział: Jak cię Pan Bóg woła, to idź. Potem wypisał metrykę, kazał przyjść na drugi dzień po opinię i podał kilka praktycznych rad, jak należy załatwić formalności. To była jego wielkość. On nigdy nie przysłaniał Boga. Nie mówił, dawno czekałem, no wreszcie. Dzisiaj to jeszcze lepiej rozumiem, gdyż istnieje taka pokusa, aby ksiądz trochę „zniewolił” kleryka, lub ugniatał go na swą modłę – jak plastelinę – a tymczasem chodzi o stworzenie młodemu człowiekowi przestrzeni wzrastania w powołaniu, a swoim przykładem sprawiać, aby coś go wzwyż pociągało.

Widzi dalej niż dziecko

To był bodajże pierwszy przyjazd do domu z seminarium, a może pierwsze wakacje. Ksiądz Prałat zwykle oszczędny w słowach, nie omieszkał przekazać klerykom najważniejszych pouczeń. To jedno pamiętam bardzo dobrze: Pamiętaj – mówił – od teraz mieszkasz w szklanym domu. Ludzie będą wiedzieli co robisz, jak się zachowujesz. Pamiętaj kim jesteś i chodź prostymi drogami.
W niedzielę nie wymagał, aby przychodzić na pierwszą Mszę św., nie chciał też abyśmy chodzili „po składce”. Troszczył się o to, aby kleryk miał swoje miejsce w ławce przy ołtarzu, aby tam mógł się przygotować do Eucharystii, dobrze ją przeżyć. Jeżeli byli lektorzy i ministranci, nie zmuszał nas do służenia każdego dnia, tylko wtedy, gdy nie było ministrantów.
Z perspektywy czasu i różnych doświadczeń kleryków, z którymi obecnie pracuję, widzę jak była to prawdziwie mądra troska o duchowy rozwój kleryka, a on w formacji kapłańskiej jest najważniejszy. Bowiem wszystkie prace i posługi w przyszłości kapłan podejmie, ale najpierw musi odkryć do nich wewnętrzną drogę. Ksiądz Prałat czynił wszystko, aby ją nam ukazać. Już jako rezydent ksiądz Marszałek lubił rozmawiać z klerykami, nieraz pytał nas katechizmu, czasami łaciny, żartował, opowiadał, był także naszym spowiednikiem. Wiedzieliśmy, że zawsze modli się za nas i ofiaruje swoje cierpienia.

Sprawiedliwy

Byłem jednym z ostatnich, których ks. Marszałek jako proboszcz wysyłał do seminarium. Kiedy przyjechałem na pierwsze wakacje w 1982 roku, ksiądz Prałat opuszczał mieszkanie na parterze i przenosił się do jednego pokoiku na piętrze.
Pewnego dnia rano po Mszy św. zapytał mnie, czy mogę w piątek zostać po Mszy i przed południem poprzenosić książki na górę. Odpowiedziałem, że oczywiście przyjdę, a on powiedział: Nie, najpierw zapytaj w domu, czy nie macie jakiejś ważniejszej pracy. Jutro mi powiesz, czy będziesz mógł zostać w piątek. To był człowiek, który szanował prawa rodziców do dziecka, człowiek, który wiedział jaki szacunek należy się każdemu człowiekowi. To był przykład wielkiej kultury i poszanowania każdego człowieka. Jako proboszcz mógł polecić, każdy posłuchał by pokornie. Ale ks. Prałat nie nadużywał swej władzy, on służył.
Podczas pracy o godzinie dziesiątej wyznaczył 20 minut na kawę lub herbatę. Sam nie pił, ale kiedy gospodyni przyniosła mi kawę, usiadł przy mnie i towarzyszył podczas przerwy. Po skończonej pracy był wspólny obiad, a potem wypłata. W ten sposób ks. Prałat wspomagał kleryków w zakupie potrzebnych książek. Ks. Marszałek był wymagający, ale sprawiedliwy i szanujący każdego człowieka.

Upomina

Za moich czasów klerycy mieli taki zwyczaj, że w Boże Narodzenie i w Nowy Rok po sumie, wszyscy razem szli do ks. Proboszcza, aby złożyć życzenia. Kiedy proboszczem był ks. Józef, to najpierw jemu składaliśmy życzenia, a potem udawaliśmy się do ks. Prałata. Raz w Nowy Rok po złożeniu życzeń ks. Józefowi, nasi starsi koledzy, wtedy już diakoni, stwierdzili, że do ks. Prałata pójdziemy jutro, ale coś się wydarzyło tak, że nie złożyliśmy tych życzeń. Minęły dwa dni. Na śniadanie, na którym byli obecni wszyscy klerycy przyszedł ks. Marszałek. Popatrzył na nas niezbyt miłym spojrzeniem, powiedział, że życzy nam wszystkiego dobrego w Nowym Roku, a potem nie odezwał się już ani jednym słowem. On wtedy w Nowy Rok na nas czekał i wiedział, że musi nas upomnieć. Nigdy nie chciałbym już jeść takiego śniadania.
To była ważna cecha kapłańska. Upominał szczerze, nigdy poza plecami, nie interesowały go plotki, on żył w prawdzie i uczył tego innych.

Uczy cierpieć

Podczas ostatnich spotkań, kiedy ks. Prałat przebywał już tylko w swoim mieszkaniu, zawsze intrygowały mnie te wszystkie stare książeczki, z których odmawiał litanie i ulubione modlitwy. Było ich bardzo dużo. To były te najprostsze tradycyjne. On je kochał odmawiać. W ten sposób – wydaje mi się – docierał do najprostszych pokładów swojej wiary. Wiara, która dojrzewa – a dojrzewała coraz bardziej przez cierpienie – wyraża się w najprostszych formach. Coś podobnego odkrywałem u Ojca Świętego, kiedy podczas ostatnich pielgrzymek do Ojczyzny, chciał modlić się słowami dobrze znanych pieśni, nie zrezygnował z dziękczynienia po Mszy św., chociaż był już trzy godziny spóźniony.
Ks. Prałat zostawił nam przykład, jak ma być rozwijana wiara i to, że sprawy Boże zawsze muszą być na pierwszym miejscu.

Nadal jest ojcem

Kiedy wracam od grobu moich Rodziców, często przed bramą wejściową, coś mnie skłania, aby jeszcze podejść w dół, ku mogile śp. ks. prałata Jana Marszałka, by się pomodlić za niego, a czasem zapytać o radę wobec nowych wyzwań w moim kapłańskim życiu.
Obecnie jestem ojcem duchownym w Krakowskim Seminarium Duchownym, ale to nie funkcja skłoniła mnie do wybrania takiego kierunku wspomnień o księdzu Prałacie. Ich zarys zrodził się jesienią ubiegłego roku, gdy głosiłem rekolekcje w Lublinie dla kleryków diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Podczas jednego z kazań dałem świadectwo o Kapłanie, którego spotkałem w moim życiu.
Na koniec muszę szczerze wyznać, że pisząc to wspomnienie o naszym Księdzu Prałacie, kilka razy w moich oczach pojawiły się łzy, takie same, jakie roniłem podczas jego pogrzebu. To znaczy, że on jest nadal ojcem, ojcem całej parafii.

ks. dr Tadeusz Mrowiec

Share This
Skip to content