Ks. Marszałka pamiętam przede wszystkim z lekcji religii w początkowych klasach podstawówki. Do dziś wiem z jakimi wrażeniami słuchałam opowieści biblijnych ze Starego Testamentu. Szczególnie ujmująca była historia Józefa sprzedanego przez braci w niewolę. Wszyscy z równym zainteresowaniem słuchaliśmy o niezwykłych przygodach człowieka żyjącego w zamierzchłych czasach, a jednocześnie jak gdyby bliskiego nam. Taką empatię wobec osoby bardzo odległej w czasie spowodował sposób, w jaki dotyczące w jej wydarzenia, zostały nam przedstawione. Ks. Jan z wielkim zaangażowaniem opowiadał „całym sobą”: słowem, tonacją głosu, mimiką, gestem… Dzisiaj można byłoby porównać go do odtwórców profesjonalnych narracji aktorskich. Niemalże widziałam oczyma wyobraźni Józefa skrzywdzonego przez krewnych, jednak ostatecznie ochronionego i wywyższonego przez Boga.

Kiedy po godzinie religii ks. Jan chciał zakończyć lekcję, usłyszał nasz lament. Obiecał dopowiedzieć resztę później, a my dalej nie chcąc opuścić pomieszczenia błagaliśmy, żeby nie przerywał. Wtedy tłumaczył, że takie małe dzieci jak my nie są w stanie zrozumieć wszystkiego na raz i powinniśmy iść do domu. Nalegaliśmy dalej, bezskutecznie – trzeba było odejść.
Ksiądz Marszałek wtedy nie tylko przykuł naszą uwagę do opowiadanej historii, ale spowodował, że przeżywaliśmy treść katechezy emocjonalnie. To dlatego z niecierpliwością przez cały tydzień czekaliśmy na następną religię, tak bardzo ciekawiło nas co w końcu wyniknie z tej historii.

Inna oznaka talentu pedagogicznego jaką u niego zauważyłam to przenikliwy wzrok. Podczas ustnego sprawdzania wiedzy opuszczał okulary na nos i patrzył na odpowiadającego ucznia, a właściwie wpatrując się w niego, przenikał tę osobę. Rzeczywiście nas znał. Tak jak w głębokim skupieniu bez pośpiechu, odprawiając Mszę św. Kontemplował Boga, tak w kontakcie z nami, kontemplował człowieka. Potrafił dłuższą chwilę w milczeniu przez nasze oczy czytać co się dzieje w czyim sercu. Można się było później przekonać o tym w czasie spowiedzi.

Jego domeną był czas. Ile razy zdarzyło mi się spotkać go idącego ulicą zawsze był skupiony. Pewnie się modlił. Szedł powoli. Nie przypominam sobie, żeby się kiedykolwiek spieszył. Nie wiem jak to robił , bo przecież nie brakowało mu obowiązków. W jego postawie widziałam człowieka, który jest panem swojego czasu. Warto pamiętać o ks. Janie jako o osobie umiejącej „trwać w miejscu”, a mimo to, albo wręcz dzięki temu działającej bardziej niż niejeden pozornie bardzo aktywny, zabiegany w zewnętrznym działaniu człowiek. Myślę, że to jego kapłaństwo można nazwać adoracją. Zwłaszcza pod koniec życia.

Ks. Marszałek bez wątpienia należał do grona ludzi posiadających umiejętność stąpania mocno po ziemi w sensie dogłębnego dotykania spraw doczesnych, ale traktując je nie tylko jako cel, tylko jako środek do osiągnięcia celu ostatecznego, zgodnie z nauką Kościoła. Tacy ludzie są „więźniami” własnego ciała. Fizycznie żyją w świecie, jednak duchem żyją już ponad nim, wtedy śmierć jest dla nich uwolnieniem. 16 maja 1989 roku Pan Bóg odebrał łodygowickiej ziemi jeszcze jeden „kielich wypełniony po brzegi”.

Ewa Furtak

Share This
Skip to content