Ks. Jan Marszałek – prałat Jego Świątobliwości Ojca świętego – to postać, która wpisała się w historię żywieckiego dekanatu, a szczególnie w historię Łodygowic i historię mojego życia. Ks. Jan Marszałek tuż po śmierci mojego taty, a po moich narodzinach – wg opowiadania mojej mamy – wspierał ją pociechą, dobrym słowem i opieką, gdy mama jako wdowa opiekowała się trójką dzieci, kierując się zasadą: niech nie wie lewica, co daje prawica. Pierwsze bliższe spotkanie, które utkwiło w mojej pamięci (poza tymi, w czasie nabożeństw, w których uczestniczyłem razem z mamą w kościele), miało miejsce gdy ks. Jana Marszałek przynosił do naszego dziadka Szczepana Cadra Jezusa Eucharystycznego. Kolejne bliższe kontakty to już rok 1978, gdy ks. Kazimierz Kasprzyk uczył mnie ministrantury i gdy zacząłem już służyć nie tylko na mszach „cichych”. W 1978r. W klasie II katechizacja oraz przygotowanie do I Komunii świętej przebiegały pod okiem ks. Proboszcza. W tym samym czasie kardynał krakowski zostaje papieżem. Ks. Prałat katechizował mnie również w następnych latach. Był sumiennym i wymagającym katechetą, ale lubiliśmy jego zajęcia, zwłaszcza gdy opowiadał nam o Starym Testamencie. Jeśli dobrze pamiętam, to ks. Katecheta pytał mnie prawie na każdej katechezie, bo byłem na początku alfabetu.

Kiedy zdawałem egzamin dopuszczającym do I Komunii, żebym się nie denerwował innymi zdającymi i nie musiał czekać zbyt długo, ks. Proboszcz kazał mi przyjść z mamą na późniejszą godzinę. Po pytaniu dostałem książeczkę i obrazki (mam je zresztą do dziś). Pamiętam też, że kiedyś w sobotę ks. Prałat zapytał mnie tajemnic różańca, tak bardzo się zdenerwowałem, że nie potrafiłem ich wymienić. Jednak ks. Marszałek dał mi jeszcze jedną szansę, bo wiedział, że umiem te tajemnice. Zapytał mnie jeszcze raz w tym samym dniu, kiedy przyszedłem służyć pod ślubem w zakrystii.

W 1979r. odbyła się peregrynacja relikwii św. Stanisława biskupa, a później sprowadziło relikwie bł. Wincentego Kadłubka. W tym samym czasie ks. Proboszcz przeprowadził malowanie kościoła. Był nie tylko kapłanem troszczącym się o kościół materialny, ale również cenionym duszpasterzem, toteż często przybywali do niego inni księża, m. in. ks. Franciszek Płonka. Równie często odwiedzał go także ks. Biskup Julian Groblicki. Pamiętam z dzieciństwa, że pewnego zimowego dnia jeździliśmy z kolegami na sankach w wąwozie, nagle przejechał obok nas samochód ks. biskupa. Kierowca z trudem „wspinał się” pod plebanię. Te wizyty ks. Biskupa świadczyły o tym, że doceniał on Jana Marszałka jako kapłana, proboszcza i dziekana, dowodem tego jest również nadanie mu godności prałata.

W swoim duszpasterzowaniu ks. Marszałek był na wzór Dobrego Pasterza, prowadził swoje owce do Boga poprzez nabożeństwa maryjne: środowe do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, różaniec, majówkę. Brały w nich udział prócz dorosłych przede wszystkim dzieci i młodzież. Trzeba jeszcze wspomnieć, że w latach jego pasterzowania odbywały się pielgrzymki do sanktuariów maryjnych. Zachęcał do udziału w procesjach różańcowych. Maryjność przebijała z kazań, które ks. Proboszcz głosił w święta ku czci Matki Bożej oraz na nabożeństwach środowych i pierwszosobotnich. Zawsze jednak na pierwszym miejscu stawiał pobożność eucharystyczną. Gorąco zachęcał do udziału w adoracjach, nabożeństwach czterdziestogodzinnych, adoracjach Wielkiego Tygodnia, procesjach, godzinie świętej przed pierwszym piątkiem, nabożeństwach pierwszopiątkowych i pierwszych sobotach miesiąca. Mimo, że nabożeństwa ku czci Niepokalanego Serca Maryi odbywały się wcześnie, bo o 6.00 rano parafianie zachęcani przez ks. Proboszcza zawsze licznie na nie przybywali.

Szczególną czcią darzył również ks. Marszałek Serce Jezusowe. W 1979r. zorganizował misje, które poprowadzili księża sercanie. Parafia i jej rodziny zostały też na nowo oddane pod opiekę Bożemu Sercu.

Eucharystia zawsze stawiana była przez ks. Prałata na pierwszym miejscu. Podkreślał jej wagę podczas katechezy przygotowującej do I Komunii św. i zajęć poświęconych przeżywaniu Mszy św. Często mawiał: „Kto w niedzielę i święta Mszę św. opuszcza, tego Pan Jezus do nieba nie wpuszcza…” Wyjaśniał nam, ucząc nas o sakramencie spowiedzi i Komunii, że kapłan z Chrystusem musi przyjść do czystego mieszkania. Pamiętam, że po latach, kiedy prowadziłem go z kościoła na plebanię po Mszy św. zapytał mnie czy pamiętam jeszcze co to jest Eucharystia? Pragnął byśmy jako ministranci uważali i zaangażowali się w modlitwę. Kiedyś na jednym z nabożeństw, zamiast uważać zaglądałem do książeczki. Ks. Prałat przerwał kazanie, podszedł i zamknął mi modlitewnik. Jak bardzo Słowo Boże i Eucharystia były dla niego ważne widać przede wszystkim w ostatnich latach jego życia.

Ks. Proboszcz w imię Chrystusa bardzo lubił nas obdarowywać drobnymi podarkami. Kiedyś, będąc ministrantami, czyściliśmy chodniki dostaliśmy drobne pieniądze. Za każdym razem, gdy miałem imieniny, po Mszy i wizycie z Mamą na grobie mojego Taty (którego imię noszę), ks. Marszałek zapraszał mnie na plebanię, gdzie składał mi życzenia i dawał mi słodycze lub pieniądze. Kiedyś też – zupełnie bez okazji – dostałem Pismo Święte, z którego korzystam do dzisiaj.

Pamiętam, że Ks. Proboszcz miał bardzo dobre serce, ale potrafił mnie też skarcić, gdy zrobiłem coś złego. Jedną reprymendę zapamiętałem jako szczególnie dotkliwą. Razem z kolegami nosiliśmy gonty na strych kościoła. Otworzyłem drzwiczki do organów, bo chcieliśmy zobaczyć instrument od środka, co było dość niebezpieczne. Niestety nie potrafiliśmy ich zamknąć. Ponieważ tylko my wchodziliśmy na chór od razu było wiadomo kto to zrobił. Ks. Prałat mnie skarcił i kazał iść do domu – była to dla mnie największa kara, że nie mogłem już dalej pomagać, jednak słuszna.

Lata biegły i oto w 1982 roku dożyliśmy jubileuszu pięćdziesięciolecia kapłaństwa ks. Proboszcza oddanego pracy dla Chrystusa i na rzecz wiernych. Życzenia, prezenty, tłumy ludzi… Dla ks. Marszałka największym jednak prezentem było erygowanie nowej parafii łodygowickiej pw. św. bpa Stanisława, o którą od wielu lat zabiegał. Jubileusz stał się też okazją do zobaczenia przez nas – wiernych ogromnej pokory i skromności, który nigdy się nie wywyższał, nawet przez zakładanie stroju prałata, a swoje święto chciał obchodzić jak najskromniej.

Tuż po jubileuszu przyszło na ks. Proboszcza dotkliwe cierpienie – głośnie odezwała się choroba. Po przyjeździe z sanatorium pozostawał już na plebanii od wiosny do przeł. listopada i grudnia. Pewnej niedzieli wieczorem przyszła do mnie do domu z polecenia ks. Marszałka pani Maria Szypuła. Poprosiła mnie bym przyszedł na plebanię na 6.00 rano, by służyć do Mszy św. księdzu Proboszczowi. Oczywiście zgodziłem się i tak zostałem pierwszym ministrantem ks. Prałata. Potem w mieszkaniu ks. Proboszcza służyli jeszcze Czesław Jakubiec i Paweł Hubczak. Codziennie z panią Szypułową, która przyjeżdżała autobusem nr 6 i razem wchodziliśmy na plebanię. Ponieważ miałem problemy z porannym wstawaniem nieraz musiałem doganiać panią Marię tuż przed drzwiami mieszkania ks. Prałata, który już był wtedy ubrany do Mszy św. Modliliśmy, a następnie rozpoczynaliśmy Eucharystię. Szczególnie utkwiły mi w pamięci te Msze św., podczas których ks. Prałat łączył cierpienie Chrystusa z cierpieniem własnym w ostatnich latach choroby. Zdarzały się dni, w których ks. Marszałek czuł się szczególnie źle, pilnowałem wtedy, żeby Eucharystia była ważnie odprawiona.

Pamiętam, że jednocześnie tak bardzo te Msze przeżywałem, że wydawało mi się, że sam je sprawuję. Po Eucharystii odmawialiśmy modlitwę na dziękczynienie i związaną z dniem tygodnia oraz zawsze Magnificat. Po złożeniu ołtarzyka zawsze jeszcze chwilę rozmawiałem z ks. Prałatem i szedłem do domu. Czasami na Eucharystii byli inni uczestnicy, którzy przychodzili z intencją Mszy św. Dla ks. Marszałka równie ważna jak Eucharystia była spowiedź święta. Dokąd mógł spowiadał u siebie – na plebanii, zwłaszcza w pierwsze piątki.

Służyłem ks. Marszałkowi w jego pokoju do wiosny. Wtedy zdecydował, że będzie odprawiał Mszę św. w kościele. Prowadziłem go więc do świątyni, gdzie sprawował Eucharystię siedząc na krześle. Inni, obserwując te jego wędrówki widzieli z jaką ofiarą się wiązały. Z jednej strony wsparty na moim ramieniu, z drugiej na lasce, dokąd mógł chodził do kościoła i nie tylko odprawiał Mszę św., ale i głosił Słowo Boże, także przy pierwszym ołtarzu podczas Bożego Ciała.

Jakiś czas później ks. Jan znów podupadł na zdrowiu i znów odprawiał na plebanii. Służyłem mu na przemian z Pawłem Hubczakiem co drugi tydzień. Odkryłem wtedy, że kiedy nie uczestniczyłem codziennie w Mszy św. u ks. Prałata bardzo zaczęło mi brakować codziennej Eucharystii i Komunii św. Mama podsunęła mi receptę – poradziła bym służył do Mszy św. w kościele. Moje życie znów wróciło do „normy”. W ostatnich latach życia ks. Proboszczowi posługiwał Paweł Hubczak dzisiaj ksiądz.

Ks. Prałat w swoim cierpieniu żyje tym co przeżywa parafia. Byłem kiedyś świadkiem, jak stał w oknie i wzrokiem, szepcąc modlitwę, „odprowadzał” jakiegoś zmarłego parafianina na miejsce wiecznego spoczynku.

Modlitwa ks. Proboszcza zawsze była odmawiana tak gorliwie, że uczestnicy Mszy św. mogli się od niego wiele nauczyć. Braliśmy z niego wzór. Były to naprawdę piękne chwile, często mogłem je przeżyć w ciszy i skupieniu. Pożółkłe i wytarte strony modlitewników ks. Jana są dowodem jak często po nie sięgał, aby zatopić swoje myśli w modlitwie.

16 maja 1989 r. w czasie nabożeństwa majowego ks. proboszcz Józef Niedźwiedzki udał się z Chrystusem Eucharystycznym i sakramentem namaszczenia chorych do ks. Prałata. W zakrystii dowiedziałem się, że stan jego zdrowia się pogorszył. Po nabożeństwie poszedłem w kierunku plebanii. Ks. Niedźwiedzki, przechodząc obok mnie nic nie powiedział, a ja nie miałem odwagi zapytać jak czuje się ks. Marszałek. Wróciłem więc do domu. Wieczorem widziałem jeszcze jak Paweł H. wracał na rowerze do domu. Około 22.00 z przygotowaną tablicą z plakatami komitetu obywatelskiego udałem się na pl. Wolności. W ciemności (bo nie paliła się żadna lampa) zawiesiłem ją na drzewie obok schodów do kościoła. Na plac wjechał samochód. więc pobiegłem schodami w stronę kościoła i tam się ukryłem. Zobaczyłem palące się światło w oknie pokoju ks. Marszałka. Przyszło mi na myśl, by się za niego pomodlić. Jak się później dowiedziałem byłem dzięki tej modlitwie blisko żegnającego się z tym światem ks. Janem Marszałkiem.

Rano, gdy moja mama szła na Mszę św., ja udałem się na dyżur szkolny do gospodarstwa pani Genowefy Maślanki i tam, zbierając kamienie na jej polu usłyszałem głos dzwonów. Od razu przypomniał mi się wieczór poprzedniego dnia, jednak nie chciałem do siebie dopuścić myśli o tym co mogłyby one oznaczać. Zapytałem, idącą drogą panią Gienię, czy słyszy dzwony. Powiedziałem jej wtedy, że ks. Proboszcz był już bardzo słaby i dzwony na pewno obwieszczają jego śmierć. Pani Maślankowa zwolniła mnie z reszty dyżuru. W roboczym ubraniu i gumiakach biegłem przez Łodygowice do domu i z żalem, że w tym ostatnim czasie nie byłem blisko ks. Prałata. Przebrałem się szybko i udałem się na plebanię. Tam pani Ola Mrowiec formułowała nekrolog. W międzyczasie ks. Milan Michalak przywiózł trumnę i wraz z Pawłem H. wzięliśmy udział w przeniesieniu ciała ks. Prałata na parter plebanii. Później ks. Milan, ja i Paweł H. rozwieszaliśmy klepsydry.

Po przeniesieniu ks. Prałata do kościoła odbyła się Msza św. i czuwanie. Wszyscy, którzy go kochali i szanowali szczelnie otoczyli trumnę, przyszli mu oddać hołd. Ludzi było tak wielu, że stali wokół kościoła na ulewie i w burzy, która się wtedy rozpętała. Orszak pogrzebowy wraz z tymi, którzy przyszli pożegnać swojego Pasterza, udał się na cmentarz. Ludzie mówili, że przez tę ulewę niebo płakało wraz z nimi. Pamiętam, że w czerwcu 2000r. gdy poświęcano tablicę upamiętniającą ks. Prałata, panowała podobna ulewa.

Wraz ze śmiercią ks. Jana Marszałka coś się skończyło. Odszedł ktoś wielki i jednocześnie bardzo bliski. Ktoś, kto dzięki swej kapłańskiej godności przez miłość kroczył drogą świętości i uczył jej innych swoim przykładem. To jego osoba łączyła rodziny w miłości, jednoczyła wiernych w parafii, zbliżała wrogów Kościoła, Chrystusa i Boga. Na jego kapłańską świętość miało niewątpliwie wpływ ukochanie Jezusa Eucharystycznego i umiłowanie Mszy świętej. Jego postępowanie i osoba kazała mi jeszcze bardziej żyć miłością do Boga i ludzi. Uczył on tego zarówno duchowo i praktycznie. Jego osoba wpłynęła również na moje kapłaństwo, przypominałem go sobie zwłaszcza w trudnych chwilach mojej choroby – przed święceniami diakonatu. Ks. Prałat nauczył mnie jak iść z krzyżem cierpienia – miał zawsze uśmiech na twarzy, nawet w najcięższych chwilach choroby.

Podczas jego życia na pewno nie zdawaliśmy sobie sprawy z wielkości ks. Prałata. Dopiero po śmierci zaczęliśmy odczuwać brak jego Osoby. Wierzyliśmy i wierzymy, że nasz ukochany ks. prałat Jan spogląda na nas dziś z nieba i oręduje za nami u Boga.

Ks. Władysław Cader

Share This